2008-10-02

Wirus Wrześniowy

no to mamy październik... wypadałoby aby pojawił się kolejny post...a więc ku zachowaniu tradycji, napiszę. Tym razem opowiem o słynnym wesołym czerwonym autobusie. Nie wiedzieć czemu, jadący nim zostali zainfekowani wirusem zwanym "głupawka nadzwyczajna zbiorowa". Zarażeni pasażerowie i kierowca rozwijali w sobie przez cały czas podróży do Tomaszowa wirusa, który z minuty na minutę przybierał większe rozmiary aż kulminacyjny moment rozwoju nastał niedzielnego wieczora kiedy to zarażeni zasnęli z jokerem na ustach, wówczas sen i łódzkie powietrze zaszkodziło wirusowi...Trzeba przyznać, że najsilniejsze objawy przejawiała Zuza i jej współmieszkańcy namiotu, gdzie po wyczerpującej grze w makao ułożyła się obok kierowcy z zamiarem snu. Sen jednak nie przychodził, odpędzany przez towarzyszy tego i sąsiednich namiotów. Duszne rozmowy w toku prowadzone były do około czwartej nad ranem przerywane atakami śmiechawki. Wirus jednak, podobnie jak i człowiek potrzebuje odpoczynku, więc środkiem nocy załoga ucichła. Wirus jednak uaktywnił się ponownie niedługo po świcie. Gorący namiot aż trząsł się. Nie wiadomo tylko, czy od śmiechawki, czy od wiatru jeziornego. Kilka godzin później załoga zebrała się na uroczystym śniadanku pod hasłem płatków z biedronki.
Biedronka jak się później okazało, wykopała nas z naszego wigwamu i robaczki ruszyły na wodę w swoich białych i żółtych kajaczkach. Fale dały się ujarzmić i po niedługim czasie lustro wody było nadzwyczaj spokojne. Zmoknięte lecz wesołe robaczki oddawszy kajaczki ruszyły przez las ku czerwonemu pojazdowi, gdzie czekały nas nowe zarazki wysławionego wirusa. Ledwie więc ludziki do niego zasiedli, włączyła się aktywność głupawki. Objawy obserwowalne były także podczas spaceru do niebieskich źródeł. Przechodnie omijali zarażonych szerokim łukiem. A my co? Byliśmy nadzwyczaj zadowoleni, gdyż droga była tylko dla nas i można było biegać, skakać i nikt nie wchodził w drogę. Wszystko było kręcone aparatem szalonej Agowej. Przyznam, że wirus dał się we znaki mocno a w połączeniu ze świeżym powietrzem stworzył mieszankę wybuchową. Kulminację swoją wirus przeszedł w momencie powrotu do Łodzi. Trochę zanieczyszczone powietrze stłumiło działanie na objawy zewnętrzne. Powaleni na podłogę i najedzeni z bananem na ustach już zostali tak zmęczeni, że postanowili powrócić do swych łódzkich legowisk. Wesoły autobus z goliatem za kierownicą niczym kopciuszek, zapakował robaczki i ruszyli do domów... A w domach, no cóż...krótka kąpiel, przebierka i na swe łóżka. Zduszony wirus już nie buntował się i wszyscy grzecznie usnęli...a następnego dzionka już za nim tęsknili i słali sobie tęskne eski... I choć był to wirus, to zebrał plon w postaci nierozłącznej cząsteczki wody i wodolubnych robaczków... jednym słowem każdemu życzę złapania takowego wirusa zwanego "głupawką nadzwyczajną zbiorową"...

2008-09-29

Chorowitkowy Dzień

hmmm... co by tu napisać o tym dniu... Niby zwyczajny dzień, ale niezwykle pociągający w każdym znaczeniu tego słowa. Zaczęło się od tabletek tłumiących chorobę i nutek od rana mi towarzyszących: "a miało być tak pięknie, a miałam się nie uczyć dziś, ale przede wszystkim miałam się dziś bawić, bawić..." Dziwnym trafem życzenie się tego wieczoru spełniło, poniekąd spodziewanym spotkaniem 4 robaczków w pubie. Po wzruszającym odśpiewaniu toastu ku zdrowiu i wręczeniu prezentu nastąpiła zmiana lokalu, gdzie przyszedł czas posłać po Wielkiego Szeryfa. Był nieprzewidzianym przeze mnie gościem na przyjęciu, ale dostarczył nie lada zabawy i uśmiechu wszystkim zebranym wokoło niego. Trza było jednak wziąć poprawkę na to, że to on znalazł się bardzo szybko w centrum zainteresowania a nie szanowna jubilatka owego dnia. Załoga robaczkowa w składzie: szopen, goliat, chrząszcz i agowa postanowiła ukrócić mu więc tę uciechę i zdecydowanie uszczupliła wynoszącego się nad stołem szeryfa. Jednak szeryf nie dawał za wygraną i przyprawiał rozprawiającym nad nim wypieki oraz ostre okrzyki radości. Ostatecznie, Szeryfa znacznie uszczuplonego wyproszono od stołu coby nie mieszał atmosfery przyciągającego uwagę otoczenia. Tego zaszczytnego wyczynu dokonał nasz niepozorny goliat. Tymczasem robaczki po zatankowaniu odpowiedniej ilości chłodzącej benzynki wybrały się na spacer piotrkowską w poszukiwaniu ciekawych kijów bilardowych. Chrząszcz w sposób zawodowy posługiwał się narzędziem gry celując z ramienia. Chopen zaś popisywał się pokonywaniem sytuacji ciężkich i niemożliwych...Szalony dzień zakończyła podróz wesołym autkiem po odetkanych łódzkich wykopaliskach. Pociągający dzień szopena chorowitka z rodzinki zmarzluchów, co w łapce trzymał smarkajkę można było uznać za zamknięty. Spragnione snu robaczki zawinąwszy się w swoje kokony koło godziny drugiej posnęły w swych domach z charakterystycznym Jokerem na twarzy przyklejonym (niektórzy nazywają go bananem). Było super...oby więcej takich urodzin i co najmniej w takim wariackim gronie:) ...

2008-09-25

opowieść o nudopracy

Nudopraca, cóż to takiego? To taki jakiś dziwny wynalazek społeczeństwa. To jeden z podgatunków często spotykanej rodziny tzw. pracy. Człowiek wstaje o godzinie 6 rano i radośnie zmierza w kierunku malowniczych ścian w okolicach centrum Łodzi, po drodze zwiedzając kolejne szlaki ku budynkowi słynnemu wiodące, podziwiając stojące w cudownym naszym miastowym korku, wsłuchując się w muzykę silników barwnych aut o najróżniejszych, wymyślnych kształtach. Słynny ów budynek jest czczony niczym świątynia, gdzie wierni z pieśnią o radosnej podróży każdego dnia wpisują się na listę obecności i tanecznym krokiem ruszają w kierunku stanowiska pracy. Teraz wreszcie nadchodzi moment kulminacyjny (rodem z Hitchcocka). Zasiada człek przed swoim monitorem i zagłębia się w tajniki sieci. Wreszcie jest w swoim ukochanym miejscu przed monitorem czasoprzestrzeni. Dzięki tej niezwykłej maszynie człowiek zwiedza cały świat nie ruszając się z miejsca oraz przywołuje miejsca niedawno odwiedzone przeglądając tysiące zdjęć. Nie wiadomo kiedy mija 8 godzinna podróż i wracać trzeba do szlaku punktu startowego i rozstania z monitorem czasoprzestrzeni, zwanym niekiedy połykaczem czasu. Człowiek pakuje się i jedzie do miejsca noclegowego podziwiając barwność pieśni korkowej drugiego pasa ruchu i tęskniąc do stanowiska biurkowego. Oto i opowieści mojej nadchodzi kres, gdyż każdy dzień to nowe wyzwanie, nowa podróż początek mająca w budoświątku łódzkim, gdzie po miesiącu nudopracy cudownej człowiek jeszcze zapłatę odbiera za możliwość zachwytu przepięknymi przygodami, choć zaplątanymi w sieci globalnego pająka...

2008-09-24

Powstanie Bloga

Nastał wielki dzień dla wielkiej osoby :) Teraz to świat wreszcie będzie mógł o mnie usłyszeć / przeczytać...